środa, 4 marca 2015

Dom Bawarski - Tychy

Tak się stało, że w lutym mieliśmy trochę czasu i nie tylko odwiedziliśmy Skrzyczne, ale i dwie restauracje, w których zostały przeprowadzone Kuchenne Rewolucje. Jedną z nich przeszła restauracja Chata paprocańska - teraz zwana Domem Bawarskim. Jeśli macie ochotę to odcinek można obejrzeć na stronie TVN - kliknij tutaj.

Prowadzeni w Tychach przez nawigację wyglądaliśmy jakiejkolwiek reklamy tej restauracji, ale na próżno. Jedyna reklama pojawiła się dopiero na budynku Domu Bawarskiego. Trochę nas to zdziwiło - w końcu reklama to podstawa sukcesu.





W skrócie: Koncepcja Magdy Gessler polegała na tym, żeby w restauracji dostępne było jedno, stałe menu składające się od 8 do 10 dań za jedną cenę - 35zł/os. Dla osób, które wolałyby jednak wybrać swoje dania, została wydzielona sala, w której można zamawiać jedzenie w sposób tradycyjny.


Wystrój zgadzał się zupełnie z tym, co widzieliśmy w telewizji. Na miejsce przybyliśmy około godziny 13 i byliśmy jedynymi gośćmi dlatego mogliśmy wybrać dowolny stolik. 



Wszystkie stoliki były już nakryte kolorowymi talerzami - każdy był z "innej parafii" i musimy przyznać, że miało to swój urok.





W zestawie znajdowała się herbata jabłkowo-miętowa, ale Mateusz zdecydował się na bawarskie piwo :)



Pierwszym daniem była sałatka bawarska nakładana z dużej misy.


Była bardzo zimna, składała się m.in. z szynki, sera, cebuli i chyba ogórka. Jak na przystawkę była całkiem smaczna tylko tak zimna, że aż zęby bolały.


Następnie podano nam zupę gulaszową. Była lekko ostra i Magdzie bardzo smakowała (Mateusz nie jest fanem zup).


Następną przystawką był paszteciki mięsne z żurawiną, którymi w programie zachwycała się Magda Gessler. Dla nas nie było to jednak nic specjalnego.


Największą porażką tej wizyty była chyba sałatka jarzynowa. Nie smakowała nam w ogóle.


Jako danie główne można było wybrać jedno z dwóch - chcieliśmy spróbować obu dlatego Mateusz wziął golonkę a Magda klopsiki wołowe w sosie limonkowo-figowym.



Razem z oba daniami podano nam kopytka.


Golonka - miękka i soczysta, ale nie porwała smakiem.
Klopsiki - nazwa wskazywała na coś egzotycznego i rzeczywiście, był to całkiem inny smak niż te standardowe, nam znane. Mateusz stwierdził, że danie to było za słodkie, rzeczywiście, odrobinę tak, ale generalnie było to smaczne.

Na deser był mały kawałek szarlotki, niestety, zdjęć brak :( - jakoś po daniu głównym zapomnieliśmy już zrobić zdjęcia. Nie było szału - zwykła szarlotka ;)

Podsumowując: Dom Bawarskie przeszedł pozytywnie rewolucję, ale smaki, które tam spotkaliśmy nie porwały nas :) normalne, domowe jedzenie - ale może właśnie o to w tym chodzi?


Pozdrawiamy,
M&M

piątek, 20 lutego 2015

Skrzyczne - narty

Skrzyczne (1257 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Sama góra nie jest tak znana, jak miejscowość u jej podnóża, znana głównie z ośrodka narciarskiego - Szczyrk. My postanowiliśmy odwiedzić to miejsce właśnie po to żeby poszaleć na nartach :) 

Cena wyciągu na sam szczyt (z jedną przesiadką) wynosi 15 zł/os. Bardziej opłaca się kupić karnet. 


Stoków jest mnóstwo i na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. Nam bardzo spodobała się trasa widokowa :) Jedzie się nią lekko i przyjemnie, a widoki są naprawdę godne podziwu.
Większość narciarzy nie zjeżdża jednak do samego końca, tylko preferuje trasy Skrzyczne-Jaworzyna.








Pogoda niestety nie zachwycała i nie moglismy za bardzo podziwiac krajobrazów. Było za to ciepło -w granicy zera.


Po dojechaniu do Jaworzyny mozemy skorzystac z "windy" - nie trzeba zdejmowac nart i wchodzic kilka metrów w górę, wystarczy pojechać :) Pierwszy raz spotkalismy sie z czyms takim i jest to wygodne.



Schronisko na szczycie wyglada tak:







Od razu po przekroczeniu progu powitał nas stróż - przeogromny :) 





Warto zaznaczyć, że góra należy do Korony Gór Polski.

W Szczyrku kupiliśmy ukochane oscypki (niestety pora zimowa więc oscypki trochę oszukane bo z krowiego mleka), które właśnie zjedliśmy z dżemem z czerwonej porzeczki - polecamy jako alternatywa dla żurawiny. 

Przepraszamy, że długo nie było żadnej notki, ale dużo się ostatnio dzieje :)
dlatego pozdrawiają (już niedługo) państwo

M&M.





czwartek, 15 stycznia 2015

Restauracja Praděd

Przez wiele lat jeżdżąc w góry mijało się stary, walący się budynek iaż przykro było patrzeć na niego. A jakieś 3 lata temu coś się ruszyło i tak oto dziś w tym miejscu stoi trzygwiazdkowy hotel z restauracją. Kiedyś wracając z Kopy Biskupiej (wejście od czeskiej strony) wstąpiliśmy do restauracji Praded i bardzo nam się spodobało.










Dostajemy kartę po czesku a do tego "wkładkę" polską (niestety nie mamy zdjęcia). Dania troszeczkę różnią się - coś jest w karcie polskiej, a nie ma w czeskiej, ale udaje nam się zlożyc zamówienie.




Mateusz wybiera stek z pieprzem, do tego frytki i pomidorki z cebulką.




Ja stwierdziłam, że skuszę się na łososia w sosie cytrynowym, chciałam dobrać do tego ryż, ale okazało się, że go nie ma...



Nasi znajomi biorą kurczaka faszerowanego suszonymi pomidorami...


oraz kurczaka z grillowanymi warzywami:


Do tego Mateusz oczywiście nie mógł nie wziąć jego ukochanej Kofoli :)


Podsumowując: Nieścisłości w karcie i brak ryżu są całkowicie wybaczone - dania są przepyszne! Naprawdę mają oryginalny smak i czuć, że składniki są świeże. Cenowo nie jest również tak źle:)

Warto również wspomnieć, że w piwnicy budynku mieści się kręgielnia, spa, a okazjonalnie są tu organizowane potańcówki :)

Pozdrawiamy,
M&M