wtorek, 18 lipca 2017

Wrocław - Dine in the dark - Kolacja w ciemności


Wyobraźcie sobie, że nic nie widzicie i kelner stawia przed Wami talerz z...? No właśnie, z czym? Dine in the Dark czyli Kolacja w ciemności to jeden z naszych ślubnych prezentów, z którego mieliśmy okazję niedawno skorzystać. Zapraszamy do relacji :)


Na początek mała uwaga :) Relację czytasz na własną odpowiedzialność - jeśli w najbliższym czasie masz zamiar wziąć udział w Kolacji w Ciemności to lepiej tu zakończ czytanie - menu obowiązujące w restauracjach w Polsce przez jakiś czas jest takie samo, więc nici z zaskoczenia :)



(źródło: http://www.dineinthedark.pl/pl/o-projekcie/)

Zaproszenie na taką kolację otrzymaliśmy od Siostry Mateusza, która kupiła je na stoisku WyjatkowyPrezent.pl. My otrzymaliśmy zaproszenie VIP, w ramach którego otrzymaliśmy zimny napój, lampkę wina, przystawkę, danie główne oraz deser.
Ale po kolei.


Rezerwacji w wybranej restauracji należy dokonać na ok. 2 tygodnie przed terminem. Wybraliśmy Wrocław i restaurację Inspiracja. Chcieliśmy pójść na kolację w pewien piątek, ale okazało się,  że to nie tak hop siup :)  Mogliśmy wybrać 2 kolejne niedziele - godz. 16:00 lub 19:00. Zdecydowaliśmy się na godz. 16:00. Podczas rezerwacji należało zaznaczyć, czy decydujemy się na menu wegetariańskie, rybne, czy mięsne oraz, czy mamy na coś uczulenie.

 Po przyjściu do restauracji kelner zaprowadził nas do "poczekalni", w której można było napić się wody. "Kolacja w ciemności dla dwojga" brzmi super. Jak się okazało, z dwojga zrobiły się 24 osoby.

Około 16:10 kelner nas przywitał, prosił o całkowite wyłączenie telefonów oraz schowanie elementów fluorescencyjnych (głównie zegarków) i zaczął wyczytywać nasze nazwiska. Para po parze podchodziliśmy, upewniał się, kto wybrał jakie menu, pytał, jaki chcemy napój (słodki gazowany/niegazowany lub wodę) oraz jakie wino (białe/czerwone) i przekazywał nas kolejnemu kelnerowi, z zamontowanym noktowizorem, który prowadził nas do sali.



Z ręką (a może duszą?) na ramieniu kelnera przeszliśmy przez kotarę, drzwi i kolejną kotarę. Poprowadził nas do stolika, "wymacaliśmy" krzesła i usiedliśmy. Ostrożnymi ruchami odszukiwaliśmy rzeczy na stole - sztućce, ręcznik, jakieś woreczki.
Jak już wszystkie pary były ulokowane i napoje na stołach (Magda - sok porzeczkowy, Mateusz - sprite) odezwał się damski głos - była to pani "przewodnik", która odzywała się w przerwach między daniami.

Na początek jedliśmy przystawkę. Przewodniczka zasugerowała by zacząć od małych kosteczek, które leżały na brzegu talerza. Były to 3 kostki sera w sezamie, maku i wędzonej papryce. Kolejne już większe, dziwnie chrupkie "coś", jakby wafelek ozdobiony kiełkami. To danie jedliśmy rękami, po złapaniu wafelka okazało się, że na jego spodzie jest coś cięższego i mokrego - sos coś jakby pomidorowy, ale reszta?
Po skończeniu Pani Przewodnik pytała nas o nasze opinie, smaki, podejrzenia, ale informację o serwowanych daniach miał podać kucharz po całej kolacji.
Czekając na danie główne mieliśmy zgadywać za pomocą zmysłu węchu, co jest ukryte w tych małych woreczkach. Były tam przyprawy - tymianek, oregano, estragon i rozmaryn. Najtrudniej było zgadnąć estragon. Na stole rozsypane były także małe literki, można było zagadnąć, jakie słowa mamy na stole. Pani Przewodnik pytała nas również o nasze podejrzenia dot. sali - czy jest duża, czy są tu jakieś meble, jakie ma sklepienie itp.

Magda zdecydowała się na menu mięsne, a Mateusz z nadzieją na owoce morza, wziął menu rybne. Dlatego nasza dania główne się różniły.
Magda dostała kwadratowy talerz na którym była "papka" - puree, mięso owinięte w boczku, pomidor, kiełki, cukinia i dużo bobu, który znienawidzi do końca życia. Ciężko było odgadnąć, co to za mięso. Na początku celowałam w kurczaka w szynce parmeńskiej w sosie pomidorowym z purée ziemniaczanym, ale to nie było to ;). Bobu nie jadłam co najmniej 15 lat i po tej kolacji przypomniałam sobie dlaczego - to nie moje smaki.
Na talerzu Mateusza królowała ryba w cieście z ryżem oraz kaparami i oliwkami oraz kiełkami. Byłem pewien, że to dorsz w cieście.

Chcieliśmy się wymienić talerzami i spróbować swoich dań, ale w ciemności nie było to takie łatwe. Na początku  powiedziano nam, że w razie "w" (wyjście do toalety, domówienie napojów - za które już płacimy itp.) wystarczy podnieść rękę i kelner podejdzie. Niestety, chyba kelnerzy nie byli przy nas ciągle, bo nikt nie podszedł i tak jakoś musieliśmy sobie poradzić z tymi talerzami, choć istniało wielkie ryzyko wywalenia wszystkiego na podłogę, na szczęście nam się udało.


Nastąpiła kolejna krótka przerwa, w oczekiwaniu na deser znowu wymienialiśmy się na głos swoimi doznaniami. Kilka osób twierdziło, że jedli dziczyznę, inni stawiali na wieprzowinę. Mięso było ciężkie do odgadnięcia, a co dopiero ryba :)


Deser przyniesiono nam na głębokich talerzach. Danie jedliśmy łyżeczkami. Na górze była pianka (smak ogórków...), poniżej jakieś ciasto (a'la naleśnikowe, mocno było czuć zapach oleju), a poniżej lody waniliowe. Całość przetykana była cienkimi paskami ogórka. Troszkę czuć było również truskawkę. Był też dziwny plaster owocu w kształcie gwiazdy, ale nie wiedzieliśmy, co to jest.  Lody+dziwne ciasto były pyszne, ogórek i pianka niekoniecznie...


Po skończonym deserze kelnerzy przynieśli nam świecące w ciemności gwiazdki, żeby oczy powoli przyzwyczajały się do światła. Następnie na stołach pojawiły się świeczki, a na końcu zapalono lampę. Okazało się, że siedzieliśmy w dość niskiej, małej sali o krzyżowym sklepieniu, z kilkoma starymi szafami. Powiem szczerze, że restauracje o takim wystroju nie przypadają nam szczególnie do gustu więc raczej nie poszlibyśmy tam bez zaproszenia.


Co jedliśmy?


Przystawka: Ciasto filo z marchewką, selerem i pietruszką w sosie słodko-kwaśnym, posypane kiełkami rzodkiewki.


Danie główne wegetariańskie: Smażony ser halloumi na grillowanym pomidorze i cukini z plackiem ziemniaczanym.


Danie główne rybne: Miruna patagońska z ryżem jaśminowym oraz korniszony, kapary i oliwki, z kiełkami pora.


Danie główne mięsne: Purée z kalafiora i parmezanu. Schab duszony w boczku z pomidorem w sosie z prażonego słonecznika. Do tego bob, cukinia i kiełki lucerny.


Deser: Lód waniliowy smażony w panierce kokosowo-ciastkowej, purée truskawkowe, owoc karamboli oraz ogórek zielony.


Największe zdziwienie zbudził smażony lód. Okazuje się, że lody zamrożone były w temp. ok -18 stopni, a następnie panierowane i na 1 sekundę wkładane do mocno rozgrzanej frytownicy. To danie wszystkich zaskoczyło. Padło również pytanie o sos ze słonecznika - pewna pani chciała wiedzieć, jak go zrobić, ale kucharz nie zdradził tajemnicy.


Całość trwała 2 godziny. Mamy mieszane uczucia po tej kolacji - przeżycie na pewno niezastąpione, będzie co wspominać, ale chyba pozostaniemy wierni klasycznym restauracjom. Dało nam to wszystko również do zrozumienia, jak cenny jest nasz wzrok i jak często nie doceniamy tego, że widzimy.


A Wy co sądzicie o takiej formie restauracji? Zdecydowalibyście się na Kolację w ciemności?


Pozdrawiamy


M&M

14 komentarzy:

  1. my się bardzo poważnie zastanawialiśmy nad pójściem na taką kolację, ale doszliśmy do wniosku, że w moim przypadku by się to nie sprawdziło - zbyt wielu rzeczy nie lubię i na zbyt dużo mam też uczulenie, więc raczej nie zjadłabym nic w ciemno. aczkolwiek myślę, że byłaby to dobra zabawa. ;)
    pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z całą pewnością świetne przeżycie. :) Jestem ciekawa czy odgadłabym co jem! Z drugiej strony jestem dość wybredna jeśli chodzi o jedzenie więc nie wiem czy to dobry pomysł zdać się na wybór obcych ludzi. :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też nie zdecyduję się na taką kolację. Chociaż? chciałabym coś takiego przeżyć Nie jem wielu rzeczy m.in. śmietany, jogurtów, mleka, serów kozich, owczych, dziczyzny, owoców morza, ryb słodkowodnych... Och, mogłabym wymieniać i wymieniać...
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaciekawił mnie tytuł wpisu, ale po zapoznaniu się z opisem nie wiem czy byłbym czymś takim zainteresowany. Jednakże, na pewno jest to bardzo ciekawe doświadczenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatnio się zastanawiałam, czy w Polsce są takie restauracje :) Chciałabym kiedyś spróbować. Na pewno jest to ciekawe doświadczenie.

    OdpowiedzUsuń
  6. W życiu! I po tym opisie jeszcze bardziej się w tej decyzji utwierdziłam. Nie lubię jeść "niewiadomoczego", z tego menu może zaakceptowałabym deser, ale tak bez szczególnego przekonania. Inność tej kolacji polega wyłącznie na tym, że nie wiemy co nam podadzą i co w ogóle w danym momencie jemy. Nie miałabym ochoty skorzystać z takiej wątpliwej atrakcji. Lubię kulinarne zaskoczenia, ale nigdy nie jem czegoś, co mi nie odpowiada, więc muszę wiedzieć co mam na talerzu. Gratuluje odwagi, naprawdę Was podziwiam, to trochę jak skok do basenu z zawiązanymi oczami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dość niechętnie podchodziliśmy do tego pomysłu i chyba drugi raz bym nie chciała. Ale oczywiście było to ciekawe doświadczenie :)

      Usuń
  7. Hahaha, no to sporo tego było 😉 Oby nie poszło w boczki!

    OdpowiedzUsuń
  8. To musi być fajne przeżycie, nawet nie wiedziałam, że w moim mieście też już takie coś jest;)
    We Wrocławiu w weekendy często trzeba robić rezerwację, wiec nie dziwi mnie, że tu też tak było
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja bym się zdecydowała! Sprawdziłabym moje kubki smakowe :) Kiedyś w telewizji był program o takiej kolacji, ale nie wiedziałam, że jest taka opcja w Polsce. Szkoda, że nie była to kolacja dla dwojga...

    OdpowiedzUsuń
  10. Myślę, że jednorazowo to może być interesujące, na dłużej nie bardzo, bo jednak każdy lubi czuć się komfortowo, a jedzenie chyba najapetyczniej je się właśnie oczami.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ciekawe, ale mój facet większości rzeczy do jedzenia nie lubi więc by nie przeszło :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Raz bym spróbowała, chociaż nie jestem pewna czy bym była zadowolona. A może takie jedzenie w ciemności by mi się spodobało :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Super prezent. Samemu ciężko byłoby wydać kasę na taka przyjemność - nie do końca będąc pewnym czy to faktycznie przyjemność. Gdy się je w ciemnościach bardzo wyostrza się zmysł smaku - to może być ciekawe...

    OdpowiedzUsuń